Deszcz

I znów deszcz – kropla za kroplą, rzeźbi w kałużach koła nakładające się na inne koła, które znów przecinają następne. Deszcz zmywa z ulic przypadkowych przechodniów i oczyszcza widnokrąg z podejrzanych spojrzeń. Znowu można, w szarości strug, przeciąć kilka kolejnych ulic patrząc jak strumyczki wody wzbierają i znikają w czarnych czeluściach kratek. Da się też w bramie głęboko ukrytej w gąszczu kamienic, podpierać w lekkim nic nierobieniu ścianę z bezmyślnym szlugiem w zębach. Albo tkwić przy pustej ruinie, z uchem przy dziurawej rynnie, łowić dźwięki dzwoniące, za każdym razem inne. Można też twarz wystawić do nieba i spijać krople wymieszane z potem, ściekające z twarzy. Lub stojąc w szczerym polu, z rozstawionymi rękami i zamkniętymi oczami narodzić się przez wodę na nowo jak po zanurzeniu w gęstych falach Jordanu.

Można też klnąc na przepowiadaczy pogody i na poetykę, z wkurzeniem na brak parasola i z postawionym kołnierzem kurtki, szukać dachu nad głową przeżartą racjonalizmem równań i praw.