Most

Z nieświadomości wyłania się most, rozmiarów nieokreślenie wielkich; potężna czarna konstrukcja. Byłem tu od zawsze, tu i tylko tu. Jest zimno i wilgotno. Drobinki wody związane na każdej stalowej powierzchni, jak pot... Jest nieskończenie cicho. Ciężko. Uroczyście. Trwa presja milczenia, naciska stabilność otoczenia - mostu, gładzi wody tuż pod nim i brył budynków w oddali. Wielka woda zalała jakieś miasto bo wysokie drapacze chmur brodzą teraz w absolutnie czarnej toni wody. Walka zakończyła się już dawno. Potęgi - żywioły - oceanu i kamienia są już w równowadze. Przetykają się jeden drugim. Beton budynków i stal mostu głaskane są nieskończenie miękkim dotknięciem wody. Jest tutaj fantastycznie pusto, lecz mimo to, nie jest to moje miejsce. Jest obce. Intrygujące. Wymagające.

I to światło. Na jednym z pięter jednego z wieżowców, które widać w oddali, tylko jedno jasne jaskrawe, wyraźne okno. Ale też nieruchome. Statyczne. Istniejące zupełnie niezależnie ode mnie. Nie zna pojęcia rodzić się. Nie zna pojęcia umierać. Jest definicją słowa trwać. Ktoś tam, w zimnym świetle, z niewiadomych przyczyn, obserwuje mnie. Każdy mój ruch, każdy oddech, każde mgnienie powieki. W trwaniu świecącego okna jest zawarta niewzruszona pewność, brak zdziwienia, i milczący osąd jakiego nabywa się po wiekach trwania.

Lecz oto odklejam stopy od mokrej barierki i pewnie zeskakuję z poręczy mostu. Woda nie ogarnia mnie i zakrywa okno. Z uporem płynę głębiej, głębiej,głębiej.

Budzę się.