Sen

Zasnęła. Rzeczywisty wymiar świata przykryły ociężałe powieki. Nie ruszając się, popłynęła długimi rzekami wspomnień... Lekko przeprawiała się przez czarne wodospady minionych wrażeń, niebieskimi strumieniami rozbijające się o ciemny malachit. Nie raniąc bosych stóp o kamieniste dno, przekraczała płytkie jeziorka niepamięci, z tonią osłoniętą burzą kwarcowych drobinek. Zanurzona w sobie, w ciepłej strudze światła, przebijającej przez popielate pokłady chmur, starała się przypomnieć, jaki epizod rzeczywistości przeniósł ją tutaj.

Sztukmistrz Sen, silny na tyle by ukryć się za sobą samym, nie zdołał całkiem wyciszyć głosu Pamięci i Logiki uparcie przywołującego czarne, skrzydlate stada wątpliwości i lęków. Połyskliwą czerń malachitu przykryła więc połyskliwa czerń ptasich piór. Wytworni posłańcy niepokoju, aksamitni niszczyciele iluzji, ufni w siłę grupy, wydawali dźwięki do złudzenia przypominające...

-Tykanie zegara - pomyślała - zegara wiszącego przecież na...

Z wysiłkiem atlety Sen po raz wtóry położył palec na ustach. Nieznacznym gestem i szeregiem niesłyszalnych zgłosek wyczarował odgłos kroków, na dźwięk którego, stado poderwało się do lotu, ze zwykłym już, właściwym sobie, chropowatym skrzekiem. Kroki, rozbrzmiewające za jej plecami jednak nie ucichły lecz odwróciły jej myśli od Celu i Przyczyny zaistnienia tutaj. W chwili, gdy zapragnęła odwrócić się w ich stronę, umilkły, a postać za sprawą której zaistniały, pojawiła się tuż przed nią. Ktoś, w nieokreślonym wieku, z twarzą na wpół zasłoniętą szeroką warstwą startej tkaniny przyglądał się jej jasnymi jak niebo nad Kalachari oczami. Ktoś - Nomad - Jeździec Pustyni, o ciemnej skórze twarzy steranej słońcem i wiatrem, skryty pod obszernymi fałdami białego płaszcza, zapadł się się w sobie, by chwilę potem, okazać się zupełnie innym - siwym staruszkiem z zapadłymi policzkami, typem zestarzałego kancelisty, ze skórą dłoni pojaśniałą od bieli papieru, tu i tam przybrudzoną niebieskim atramentem.

-Forma, zmiana, pozór, ruch - staruszek zanucił cicho, na melodię dziecięcej piosenki - Trzystu nas w dwojgu z nas. Twarzy sto w twarzach dwóch - popłynęły kolejne strofy, przerwane jej rzeczowym pytaniem:

-Czy...! - zaczęła i nie dokończyła, jakby w tym właśnie momencie zorientowała się, że tak naprawdę nie wie o co zapytać. Nieprzeparte wspomnienie dźwięku tykania zegara zupełnie wywietrzało z jej głowy, pod wpływem dziwnej piosenki staruszka, który teraz liczył coś w pamięci, mamrocząc cicho i odginając kolejne palce. Był całkowicie zaabsorbowany sobą, zupełnie pochłonięty przez trud rachunków, jakby znajdował się pod jakimś innym innym niebem, niebem kancelistów, podpartym słupkami obliczeń, księgami rejestrów i wykazów. Jego skupione oblicze nagle pojaśniało, brwi rozeszły się nieco a usta rozchyliły w uśmiechu, zupełnie jakby otrzymał dobry wynik.

-Chciałabyś w jednym pytaniu zawrzeć całe zdumienie niezwykłością świata? - wreszcie zwrócił się do niej - Nie dość śmiały to zamiar, by nadto oczekiwać odpowiedzi? Nie czas, Pani moja, na odkrywanie nowych lądów twojej wyobraźni. Mimo bezwładu ogarniającego twoje ciało, czas to jest działania, najwyższych wysiłków, błyskotliwych decyzji i śmiałych czynów!

-Co się tutaj dzieje? - pytaniem przerwała potok słów starca - zzas to, czy nie czas, oczekuję jasnej, rzeczowej odpowiedzi!

-Której ja udzielić nie mogę - wpadł jej w słowo, przekrzywił głowę, kpiąco wpatrując się jej w oczy -cóż "tutaj" pojęcie, może mieć za znaczenie? Nawet ja nie wiem, które z miriad impulsów obiegających twoją głowę kreują mnie takim jakim jestem. Miejsce jest stałe, jest zadziwiającym niezmiennikiem, bo czy cokolwiek zmienia się kiedykolwiek, gdy przyrównanym być może do nieskończoności w wieczności? Jak zdefiniujesz "dzieje"? Zapewniam cię, że choćbyś tańczyć zaczęła, to i tak pozostaniesz w bezruchu, w akceptowalnym paraliżu rzeczywistych działań świadomych...