Problem

Nic z tego nie rozumiałem. Prawa strona nie równała się lewej, choć obracałem je uparcie w myślach próbując znaleźć właściwą geometrię problemu, która cudownie przekształci niepasujące do siebie elementy w połówki jednego jabłka. Obrazy przesuwały się przed zamkniętymi oczami coraz bardziej zdeformowane, pokracznie rozciągnięte, zniszczone, uparcie niepasujące. Być może dlatego, zrezygnowany, zasnąłem.

Gdy tylko powieki opadły, znów zaciągnąłem się świeżym, wilgotnym i zimnym powietrzem. Znów noc – ostatnio praktycznie nie widziałem słońca. Znów nudne pomarańczowe światło latarń przebija przez resztki liści w październikowych koronach drzew. Znajoma krzywa barierka, podniszczona droga w dół, szary i niski budynek dworca. Skrzypiące drzwi do poczekalni zakonserwowanej w brudzie sprzed dziesięciu lat. Mdła lamperia, lastryko, kabel smętnie wystający z elektrycznej puszki, reklama lombardu – ktoś nawet odciął parę kuponów z numerem telefonu. Poza tym – absolutnie nic godnego uwagi. No może jeszcze rozkład jazdy – czarne tabliczki powtykane w aluminiowe prowadnice – ustalone raz na zawsze – do czyjejś śmierci najpewniej.

Siadam na drewnianej ławce, skądś wynajduję miękki, ciepły koc. Lampy przygasają – tylko poświata pełza po wolframowych drucikach przykurzonych żarówek. Za szarym oknem w trzeszczących drzwiach sypie śnieg tak mocno, jak jeszcze nigdy. Płatki srebrzą się w białym świetle latarni, wirują jakby bez grawitacji. W oknie kasy biletowej płonie kominkowy ogień – polana trzaskają, dym znika w plastikowym sitku głośnika, zaraz nad okienkiem. Litery z rozkładu jazdy jarzą się delikatną poświatą która pełza po literach. Wiatr gwiżdże gdzieś w kominie i miesza się z dalekim odgłosem pociągu.

Przez chwilę chcę tu zostać – zapaść się w kocu, patrzeć – to na płomień, to na śnieg, to na jarzące się litery. Czuć ciepło ognia. Już prawie zawijam się szczelniej w koc i nagle znów zauważam plastikowe sitko od głośnika – małe otworki sitka zlewają się w jeden, który układa się w kształt ust wysysających dym, lecz wgiętych w kpiący, szyderczy uśmiech. To koniec wizji - odrzucam koc – brudną szmatę. Lampy znów świecą przykurzonym blaskiem, a płomień w okienku pomyliłem chyba z żółtą zasłonką z logiem przewoźnika. Wychodzę na peron przez skrzypiące drzwi – po śniegu ani śladu, pomarańczowe światło zamiast białego świeci najzupełniej normalnie.

Przeszedłem zatem przez pierwszą barierę snu – iluzję.