Wieża

Kwadrans przed godziną zero tłumek mieszkańców zgromadził się na betonowym placu, w poprzek którego jeździła kiedyś kolejka wożąca sągi drzewa. Zgromadzenie podlegało regule znanej już starożytnym – lud, z racji godziny popołudniowej zaspokoiwszy już potrzebę chleba, zaspokajał właśnie potrzebę igrzysk. I chociaż wynik walki był już z góry znany, klęska i upadek kolosa powinny były dostarczyć wrażeń aż nadto.

Przeciągłe, potrójne wycie syren oznajmiło kulminacyjny moment. Tłumek zafalował, nieliczni rodzice przybywszy ze swoimi pociechami, wznosili je na rękach, chcąc im zapewnić lepszą widoczność. Paru lokalnych patriotów stuknęło się puszkami świeżo otwartych piw, delikatnie, aby nie uronić ani kropli bursztynowego płynu. Inni, upatrujący znaku czasu w nadchodzącym wydarzeniu, podeszli do sprawy poważniej i kończyli właśnie rozlewać czystą wódkę do trzymanych w trzęsących się rękach literatek.

Po umilknięciu ostatniej syreny, nastała efektowna cisza. Powiał wiatr, jesienne liście zaszurały na betonowym placu i w chwili w której niektórzy zaczynali już wątpić, że cokolwiek nastąpi rozległ się gwizd i zaraz za nim basowy huk. Betonowa wieża, dzierżąca dumny napis “Kopalnia 1 Maja” zachwiała się u swych podstaw i przy akompaniamencie jęków giętego żelastwa runęła na wcześniej przygotowane miejsce. Blaszane litery, których sylwetka w dzień i w noc identyfikowała tą część miasta legły na ziemi przywalone gruzem i poskręcane pod własnym ciężarem.

Tłumek od statycznego podziwu, przeszedł do dynamicznej ewakuacji, ponieważ upadek tysiąctonowej konstrukcji wzbił w powietrze olbrzymie ilości pyłu. Azbest, azbest – pokrzykiwali co poniektórzy uciekający, dzieci płakały i darły się targane przez swoich ojców u boku dotrzymujących im kroku matek. Jedynie amatorzy piwa i czystej tkwili dłużej na miejscu bardziej obawiając się uronienia kropli wyskoku niż inhalacji świeżo wyemitowanym pyłem. Jednak i oni po opróżnieniu szkła ogłosili odwrót, chroniąc przed kurzem odkręcone butelki i otwarte puszki pod połami dresów. Gdy po kilkunastu minutach pył opadł już ku ziemi tak, że tylko delikatna mgiełka pływała w powietrzu, plac był już zupełnie pusty. I tylko liście, szarego koloru, tańczyły zamiatane przez wiatr.