Wizja

Ziemia już drżała. Równy i rytmiczny tętent przybierał na sile. Coraz bardziej. Drobinki piasku, zalegającego na ścieżce tańczyły w cyklicznym rytmie zbliżającego się huku, w który wdarło się końskie chrapnięcie i głośne rżenie. Biegnący rumak, biały był jak śnieg a na nim jeździec, w doskonałej z nim harmonii i równowadze, jeden twór jak wiatr i burza, jak błyskawica i piorun. I przebrzmiał potężny szum mięśni, świst oddechu, wygrywanego płucami w takt szaleńczego galopu i brzęk stalowej uprzęży, której wodze kurczowo trzymane przez jeźdźca, nadawały cel szaleństwu biegu.

Celem tym – uciec. Od tego co zostało tam, z tyłu. Uciec. Od widoku, który jeszcze teraz przesłania ożywiony galopem krajobraz, który mąci myśli, pulsuje bólem. Uciec, od zapachu, którym przesiąkło wszystko, którego nigdy niegdyś dość, a który teraz powoduje torsje… Uciec od dźwięku bez miłosierdzia, ostrego, rozrywanego, szarpanego, pękającego. Uciec od zmysłów. Uciec z własnej głowy. Wyrwać się wspomnieniom, pamięci, pędząc, nie dać się im dogonić. Zmylić drogi, poprzekraczać rzeki, tak by sumienie nigdy, przenigdy nie rozeznało się w śladach. Dotrwać i dobiec w słodkie azyle pomieszania zmysłów i nieświadomości. Zagubić się w labiryncie samego siebie, wrażenia z rzeczywistości mając za senną majakę; żyć letargiem, odległym, irracjonalnym, jakimkolwiek, byle bezpamiętnym, bezwspomnieniowym. Doczekać, wywołać amnestię win, cud niepamięci. Biec, biec, biec, jakby całe piekło otwierało się tuż za plecami.

Lecz oto koniec lasu. Wiekowe drzewa – sprawiedliwi starcy smagający gałęziami, jak batem – oby już nigdy… Cudowna równina. Rumak spina się bardziej i jeszcze mocniej wyciąga szyję. Niesamowite ciepło, którym promieniuje to efekt jego niedoskonałości, piana spadająca z jego boków i ścieląca się na przebytej drodze, to efekt próby naprawienia jej skutków. Jeszcze głębsza pomroka zapada w umyśle jeźdźca. Tabuny myśli jak stado wilków. Bezlitosne dla samych siebie. Ze śmiercią w zawody… Upiorne wycie, obłęd w oczach, krwista piana – mord – wszystko w potoku myśli.

Galopujący biały rumak zdaje się dobywać nowych sił. Tętnica szyjne stają się jeszcze bardziej widoczne pod naprężoną skórą. Szum mięśni niczym łopot żagla. Trzeszczą ścięgna i stawy, jak łączenia kadłuba, gdy szkuner zwycięża sztorm; tak oni razem, jeździec i rumak zwyciężają statyczne powietrze. Kopyta zdają się nieledwie muskać ziemię, tylko ją dotykać, coraz lżej i lżej jakby… lecieli… Ogromne skrzydła spięte postronkami mięśni na grzbiecie rumaka, teraz już rozpostarte niosą ich coraz wyżej. Krawędzie natarcia skrzydeł, pokryte są delikatną krótką, mleczną sierścią ściśle przylegającą do skóry. Lotki, zda się, są jeszcze bielsze. Tętent cichnie, wszystkie odgłosy ziemi zostają w dole. Teraz tylko biały pegaz na szerokim, błękitnym niebie. Rytm oddechu uspokaja się. Skrzydła, lekko poruszane, niosą ich wraz z wiatrem. Chłodny podmuch rozwiewa grzywę rumaka i siwe włosy jeźdźca. Ciało pegaza, doznając mniejszego wysiłku, chłodzi się powoli, stopniowo…

Wiele prób i starań zostało dokonanych, nim nieparzystokopytne zaakceptowały dar skrzydeł i możliwość lotu. Nie udało się jednak całkiem wygasić ich lęku przed przestrzenią, wysokością i szybowaniem. Tylko ostateczność, bliski dech śmierci zmuszały je do poderwania się w górę, do wyczynu oderwania się od ziemi, który bliski jest kresu ich wytrzymałości. Sam lot jest dla nich w istocie mnie męczący, niż wściekły galop.

Jeździec myślał o tym wszystkim, gdy wypiął przewód łączący jego przekaźnik neuryczny z tym, wszczepionym zwierzęciu. Uśmiechnął się. “wizja wilczego stada zawsze zadziała…” zabrzmiało, tym razem, już tylko w jego głowie…